5 seriali prawniczych, które oglądam

5 seriali prawniczych, które oglądam

Gdy zaczynałam studiować prawo, seriale prawnicze omijałam szerokim łukiem - wychodziłam z założenia, że prawa wystarczy mi na co dzień, a dla relaksu wolę oglądać coś FAJNEGO (więc namiętnie oglądałam seriale medyczne, żałując, że nie jestem lekarzem). 

Tak jak zainteresowanie wzbudzają opinie lekarzy dotyczące seriali medycznych, podobnie jest z prawnikami oglądającymi seriale prawnicze. Regularnie, gdy pokażę na instastories, że oglądam Suits'ów - a właśnie kończę, to padają pytania typu - co sądzisz o tym serialu z punktu widzenia prawnika? 

No to odpowiem zbiorczo - to są seriale! Czy ktoś spodziewa się odzwierciedlenia rzeczywistości 1 do 1? Cóż, wtedy raczej nie byłyby zbyt pasjonujące (choć za taką uważam swoją pracę, to na serial nadaje się raczej średnio). 

Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli serial ma dobrą fabułę, to oglądam go z zainteresowaniem i wciągam się w historie bohaterów - niezależnie od tego, czy odwzorowują rzeczywistość czy też scenarzysta popłynął w wizji życia prawników. To są seriale, więc ja oglądam je bez spiny i dla rozrywki - Tobie też polecam to podejście! 

Ale przejdźmy wreszcie do konkretów - moja lista TOP 5 seriali prawniczych! 

 

harvey-specter

 

Za rok o tej porze

Za rok o tej porze

Żyjemy obecnie w popapranych czasach. Nie ma się co oszukiwać. Może być dobrze. Możemy udawać, że jest dobrze. Ale jeśli tak nie do końca, to nie ma się co za to biczować.

Żyjemy w czasach pandemii (hm, słyszał ktoś o jakiejś poza tą z Dżumy?). No dość niecodzienna sytuacja. Do tego żyjemy w państwie, w którym codziennie wydarza się coś takiego, że mój mózg paruje. Raz płonie Australia, innym razem polska puszcza. Ludzie umierają na ulicach nie tylko przez wirusa, ale przede wszystkim przez kolor skóry. A w naszym państwie nadal nie można spokojnie żyć, będąc homoseksualistą. Ani kobietą.

Do tego dochodzi życie prywatne. Które umówmy się, ale jak widać na powyższym ma średnie podłoże.

Ten tekst zaczęłam pisać w czerwcu z zupełnie inną myślą - miał być o tym, że mamy prawo czuć się przybici i smutni, bo tak obecnie wygląda świat. Ale jakoś go nie dokończyłam i choć nadal zgadzam się z każdym zdaniem, które wtedy napisałam, to dziś konkluzja będzie inna. 




Jak mi z tym, że nie chodzę do Kościoła

Jak mi z tym, że nie chodzę do Kościoła

Przez wiele lat czułam się w Kościele jak w domu. 

Pamiętam ten pierwszy raz, gdy coś przestało mi się zgadzać. Gdy zaczęłam czuć wewnętrzną sprzeczność i nie wiedziałam, co robić. 

Rozmawiałam wtedy z przyjaciółką, która nie chodziła do kościoła. Poradziła mi, żebym zrobiła sobie przerwę i zobaczyła jak mi będzie bez kościoła. Ten pomysł był dla mnie wtedy absurdalny. Wiedziałam przecież, że najgorsze co mogę zrobić podczas "kryzysu wiary" to odsunąć się od Kościoła i Eucharystii. Dziś wiem, że to nie był żaden kryzys wiary, tylko pierwsze wątpliwości, wynikające z patrzenia na Kościół i samodzielnego myślenia.

Ostatni raz, nie licząc ślubu znajomych, byłam w kościele 26 lutego - w Środę Popielcową. I jest mi z tym zaskakująco dobrze. 

Wiem, że wielu moich starych znajomych ten tekst oburzy. Ale wiem też, że wiele osób potrzebuje tego głosu. Zapraszam Cię dziś na moją historię z Kościołem. 

 


 

Co będzie następne?

Co będzie następne?

Załatwiłam sprawy papierkowe szybciej niż myślałam. W efekcie mam godzinkę wolnego. Poranną, czyli tak jak lubię najbardziej.
Poranki to moja ulubiona pora dnia. Wtedy najlepiej mi się myśli.
Wpadłam więc do uroczej kawiarenki na dyniowe latte w różowej szklance z Ikea, którą kiedyś kupię, gdy już będę miała własną kuchnię. Wpadłam posiedzieć, posłuchać dobrej muzyki i pobyć sama ze sobą. Lubię to.

Pojutrze może stać się rzeczywistością piekło wielu kobiet.
I siedzę z tą pyszną kawą i zastanawiam się - co będzie następne.
 
 

 
Jak radzę sobie z porażkami?

Jak radzę sobie z porażkami?

 Nie radzę. 

 

I w zasadzie na tym mogłabym zakończyć ten tekst. 

Bo z porażkami sobie po prostu nie radzę. Więc nie napiszę Ci poradnika o tym, jak zamieniać niepowodzenia w sukcesy, jak wyciągać z nich lekcje i że nawet największa porażka nie jest wyznacznikiem Twojej wartości ani końcem świata i pewnie za 5 lat będziesz się z niej śmiać. Ja to wszystko w teorii doskonale wiem.Ty pewnie też. 

Ale w ogóle się to nie przekłada na praktykę. Zero. Więc pomyślałam, że napiszę ten tekst, żeby dać Ci znać, że nie jesteś sam. Bo mnie, gdy coś nie wychodzi, strasznie wkurza to mądrzenie - że to tylko mały upadek, że to cenna lekcja, że to nic nie znaczy, że następnym razem się uda. Bo w danym momencie to dla mnie gówno prawda i chciałabym, żeby ktoś czuł tak jak ja, a nie próbował racjonalizować mój ból. Bo to w ogóle nie pomaga.

Dlatego właśnie - jeśli też nie radzisz sobie z porażkami - to zapraszam na ten tekst i moją opowieść o życiowych porażkach. 

 


 

Copyright © 2014 Nikola Tkacz - blog lifestylowy , Blogger